poniedziałek, 29 września 2008

no i pojechał


no i pojechał mój kochany.

A wszystko było juz tak pięknie. Było tak jak w normalnym życiu milionów ludzi.

Gdy zadzwonił budzik, budziliśmy sie. Przekomarzaliśmy sie troche kto pierwszy wstaje, włączając po raz setny "drzemkę" i tuląc sie jeszcze przez dłuższy czas. Śniadanko i do pracy.

W pracy na moją przerwę przyjeżdżał ON. Tylko dla mnie, tylko dla 15 min tłukł sie do mnie autobusami przez 40 minut.

Po pracy przyjeżdzał po mnie. Cisneliśmy się w autobusie "Skarbonka" na drukarską. Potem 134 na Księże. w 134 leżałam oparta głową na jego ramieniu, bo zmęczona.

Potem wchodzimy do domku, jemy razem obiadek rozmawiając. idziemy na dół, a tam czas już tylko dla nas....


Pojechał

Jutro wstanę rano, poraz setny włączę "drzemkę". Skulę się bo będzie mi dziwnie zimno. Wstanę, nie zjem śniadania bo nie zdąże. Pojadę do pracy.

Na przerwie, pójdę na papierosa, dzwoniąc do NIEGO. nikkt mnie nie przytuli i nie powie "ze to jeszcze 5 godzin".
Wcisnę sie do skarbonki, potem 134. Szybkim krokiem do domu, bo ciemno i trochę strasznie. Z NIM sie nie bałam.

Zjem kanapkę, posiedzę na necie. nie widzec kiedy tak szybko do 1 minął czas, zmęczona bezsennsownością moich czynności, pójdę na dól. Skulę się w kłębek i pójdę spac..

I tak będę wegetowac, póki ON nie przyjedzie. Póki on przyjedzie i znów zaczne normalnie żyć.


Kocham Cię. I czekam.

niedziela, 21 września 2008

.

Fałszywy alarm.

Na szczęście.

Chyba na szczęście.

(Chyba) żegnaj wrocławiu!

No i dupa.

Tyle sie wczoraj nagadałam zupełnie na nic.
Jestem między młotem, a kowadłem, gdzie sie odwróce mam dupe.

Nie ma kasy. ot, tak prosty powód a potrafi wyrzucic wszystko do góry nogami.

Albo sie ucze na zaocznych, poprawiam maturę, idę na nastepny rok na dzienne i zostaje w jaworze, albo opuszczam rok, mieszkam we Wrocławiu i żyje tylko z tego co zarobie czyli - marnie.


Bo najgorzej jest podejmowac decyzje ktore sa kompletnie nie zalezne od Ciebie!.


I co teraz?

sobota, 20 września 2008

dostałam w dupę

zazdroszczę im.

Zazdroszczę tym, którzy mieszkaja w wielkich miastach od poczęcia. Zazdroszcze im pewności siebie, braku zaufania innym ludziom, wiedzy o swojej wartości.

My mieszkańcy małych miasteczek, niestety w większości nie posiadamy owych umiejętności i dopiero teraz (aż?) uczymy sie od początku życ.Doba nie generalizuje. JA uczę się życ.

Teraz widzę ten wyścig szczurów, o którym tylko słyszałam. i naprawdę wkurwia mnie to gdy czuje, że daje z siebię wszystko, że lepiej czegoś nie mogę zrobic, następnego dnia słyszę, że nie umiem kompletnie nic i jestem do dupy. !!!

Bo w dużych miastach nikt nie ma szans sie pomyslic.
Bo wtedy juz jestes przegrany. Bo tysiąc innych czeka na Twoje miejsce. Bo musisz sie obudzic, bo jestes juz dorosła, bo to jest inne miasto to nie jest Twoje miasteczko, nie możesz płakac, bo nikt NIKT Cie po głowie tutaj nie pogłaska.

Tutaj nie ma czegoś takiego jak lojalnośc. To pojęcie tutaj nie istnieje. Każdy kłamie i kręci, żeby tylko ochronic swoją dupe. Znajomi są tam fajni, ale tylko do zabawy. Do wypłakania się juz nie ma.

I już sie nie dziwię, dlaczego zawsze jak młodzi wyprowadzają się do innego miasta, to zawsze trzymają się razem. Na wszelki wypadek. Bo potem okazuje się że "American dream" się nie spełnia. Że to, że jest blisko kino i imprezy wcale nie wystarcza, żeby się dobrze bawic. Że czegoś Ci brakuje. Brakuje Ci TWOJEJ ławki w parku, brakuje TWOJEGO skleu gdzie kupujesz bułki, brakuje Ci TWOJEGO miejsca gdzie zawsze chlałaś z PRZYJACIÓŁMI.
Aż w końcu. Brakuje Ci Twoich PRZYJACIÓŁ, Twojej RODZINY, Twojej MIŁOŚCI.

Nie jest tak pięknie i różowo jak sobie to wyobrażałam. I naprawde teraz doceniam chwile spędzane w domu.

Lecz gdy patrze na "znajomych" z pracy, którzy są odemnie o 5 - 6 lat starsi i mieszkają z rodzicami choc mają środki na utrzymanie się samemu ( i dziwią się jak moge przezyc miesiąc za 1000 zł, gdzie ja nigdy takiej kasy w łapach nie miałam), ale wolą tą kase wydac na imprezy, to budzą we mnie litośc.
Bo przeciez ten dzień musi kiedyś przyjśc. im wczesniej odlecisz od mamusi tym twardszą masz potem dupę, a przynajmniej wiesz jak się płaci rachunki.


I na krok aby, zeby wrocic do miasteczka musiałabym sie mocno zastanowic. Bo u nas sie nie wraca. A jeśli sie wraca to czujesz się jakbyś cofnął sie parę dobrych kroków wstecz. I młodzsi patrzą sie na Ciebie z niedowierzaniem, jak mogłas wrocic?

Choc nie powiem, że nie zastanawoałam sie nad tym. powiem więcej. mysle o tym jak wstaje, jak jade autobusem, jak jestem w pracy, jak wracam do domu, jak jem, jak zasypiam, jak śnie. a najbardziej gdy jestem w domu. bo tylko tu czuję sie jak w domu.

Ale chyba tego powrotu bałabym się bardziej niż zostania we Wrocławiu.



Bo chcę udowodnic sobie, że potrafie, że sobie poradzę.